Wspomnienia z ASP

                                                             

                         
                                      Niczym zostałem przyjęty do Atelier prof. Nowosielskiego zobaczyłem reprodukcję nałego obrazu Nowosielskiego przedstawiającego kobietę w wannie i zachwyciłem się tym wizerunkiem.Oto coś bardzo zwyczajnego ,nawet nie scena kusząca erotyzmem,raczej odwrotnie-ledwie zaznaczone piersi i łono ale cała ta codzienność pokazana nam jakby była ze Złotej Legendy czy Świetych Ikon.Co za pomysł : codzienność wzniesiona do sakralnych wyżyn.Każdy banalny element codzienności nagle niesie złoty nimbus sacrum.Co za wizja swiata z tego by się uprzędła! Ale tak nie było. Nasz profesor zajął się natomiast upraszczaniem,jak się to mówi między tymi co "upraszczają" a "zuborzaniem",jak to sie naprawdę powinno nazywać.Zamiast trawy Nowosielski oferował prostokąt zielonego cynobru z tuby.Zamiast nieba,tej kolosalnej przestrzeni tylu atmosferycznych wydażeń nasz profesor dawał prostokąt bardzo sztywnego "himmel-blau" i tak było przez lata .Zamiast ludzi infantylne kadłubki,zamiast świata schemat jego stylu.
Akurat wtedy zobaczyłem trochę proto-renesansowego malarstwa,szczególnie Północnego Quatroccento i odrzuciłem lipne ikonki jako drogę oddalającą malarstwo od świata.Powiedziałem o tym Nowosielskiemu i on zamiast wyrzucić mnie,co od razu spowodowałoby że znalazłbym sie w Ludowym Wojsku,on,święty człowiek pozwolił mi malować przez następne 5 pozostałych lat w akademiku,bez jakichkolwiek instrukcji,bez kierowania moich wysiłków we własciwym kierunku.Samouk w akademiku ASP.
                                                                                                                        * * *
                                         Na szczęście codzień był Rysunek Wieczorny z prof. Wańkiem na których to ćwiczeniach rysowania modeli on pokazywał jak patrzeć i nie gapić się na szok kogoś bez ubrania tylko obserwować jak stereometryczne formy ciała ludzkiego prezentują nam proporcje,ruch,kontrasty form i harmonię ciała. On miał pewien cierpki sposób korygowania ale zawsze miał rację.Jego nauki i wpływ na mnie i pewnie bardzo wielu innych był niezmieżalnie wielki.Oto był program gdzie to co zaobserwowałeś było cenne,zamiast prasowania wszystkiego na płaskie czerwone plamy na białawym tle.
Na litografii moim profesorem był Włodzimierz Kunz. Wpadło mi do głowy żeby zrobić wymyślone postacie Błędnych Rycerzy,cały cykl takich wyobrażeń bez historyzmów ,ot czysta wyobrażnia. Męczyłem się nad tym i nad litograficzną techniką aż Kunz podszedł raz i powiedział że on chciałby mi pomóc.Wskazał na plamę tuszu na marginesie kamienia litograficznego i powiedział "ta plama jest doskonała,podlegająca całkowicie żelaznym prawom rządzącymi płynami a to co pan ty próbuje jest,niestety dość mizerne"Poszukałem jakichś katalogów gdzie jego litografie były zreprodukowane i co? Plamy,upławy,podtarcia plamiste.Wszystko "doskonałe".Jak taki oczywisty imbecyl został profesorem jest jedną z wielu tajemnic PeeReLowskiego Orbis Celestum.
Podczas moich studiów rektorem ASP był zwalisty,zadufany i napompowany własnym gazem Czesław Rzepiński.On wierzył że nie ma form,że malarz zajmuje sie wyłącznie "kolorem",przez co rozumiał lepisty kurnik obsmarowań,kolein farby,które tu i tam były "smaczne".Całe jego Atelier smarowało i zdrapywało-udając że "szukają" najlepszych zgromadzeń tłustej farby.Akurat w tym Atelier studiował mój przyjaciel,Michał Józefowicz,niezwykle utalentowany i sumienny student.Michał miał tyle osobistych zalet że nerwowe i prowizoryczne szkice bycia kimś,które próbowaliśmy bladły przy nim. Michał czasem wydawał mi się jakby już najmłodszym staruszkiem,pełnym wiedzy i starych nawyków.
Drugim studentem wartym specjalnego wymienienia był Andrzej Kołpanowicz,jedyny prawdziwy surrealista pośród rzeszy kubistów i bohomazistów.Andrzej był obdarzony enigmatycznymi wizjami,które konfrontowały widzów z faktem że świat znany jest tak wązki jak krakowskie Planty a po bokach i w górze i na dole ,wszędzie zionie odchłań Nieznanego.
Z wielkiej odległości patrzę na sześć lat Akademii jako czas bardzo pracowity,czas najważniejszych kulturalnych odkryć,pewnych bliskich osobistych powiązań,które pozwoliły mi urodzić się intelektualnie i artystycznie.
                                                                                                                            * * *
Ale dla uczciwości tego wspomnienia chcę napisać o pewnych,czasem szokujacych brakach,lukach wprost niepojętych w dziedzinie edukacji artystycznej.Na przykład teoria sztuk wizualnych: ani razu nikt z naszych pedagogów nie uczył o fundamentalnych wyborach wsród dualizmów tektoniki i atektoniki,jednosci i różnorodności,linearyzmowi i malarskiego podejścia, o malowaniu paletą podstawowych kolorów a mieszaniu trzech kolorów,o sfumato,penumbrze ,chiaroscuro i cangianto.Ani słowa o różnych sławnych paletach i ich zrozumieniu [jak palety Rubensa czy Zorna].Żeby być zupełnie bolesnym to dodam że gdyby ktoś zmusił wszystkich profesorów pod karą śmierci narysować ,powiedzmy motocykl to ani jeden by tego nie umiał zrobić bo to byli w istocie dilletanci nowoczesności i żadnej prawdziwej umiejetności nie mieli. Wielki prof. Marczewski przyklejał kwadraciki zaśniedziałej miedzi w rządkach i wszyscy kiwali sędziwie głowami wokół tej bezczelnej lipy. Całe piętra ASP były codziennie wypełnione neurasteniczną checią nadążenia za Paryżem i Nowym Jorkiem.A cóż mogło być większym prowincjonalizmem niż obawa że małpowanie Zachodniego szmelcu jest zbyt powolne i zbyt nieśmiałe w produkcji pełnej,rubasznej chucpy
                                                                                                                              * * *
Czasem myślę o tej zdumiewającej arytmetyce że około 500 kandydatów chciało studiować na wydziale malarstwa sztalugowego,dostało się 44 (?) a dyplomy magisterskie otrzymało 9 . Ja ,o ile wiem, jestem jedynym profesjonalnym malarzem z tego rocznika,bez podpierania się uczeniem czy chałturą. Chyba jest w tym wyniku nauczania (jeden absolwent,który pracuje w tym zawodzie) coś niepokojącego.

                                                                                                                   

                                                                                                             Henryk Michael Fantazos